Łańcuch: Nie znasz dnia ani godziny
Od ponad roku tradycją niedzielnego przedpołudnia jest wyprawa rowerowa z Grzegorzem w okolicach Szczecina. Raz bliżej, raz dalej. Częściej szosa niż teren, lecz czasami w Puszczę Wkrzańską też wjeżdzamy. Nie inaczej miało być i tym razem: lajtowa wyprawa lasem z Głębokiego do Polic. Większość trasy szlakami (czarnym i żółtym), czasami tak jak wiedzie dukt, czyli na free ride na luzie. I było na luzie aż do 16 kilometra, kiedy Grzegorzowi strzelił łańcuch.
Po prostu się rozkuł i tyle go widzieli.
Szczęściem w nieszczęściu było to, że Grzegorz miał skuwacz łańcucha. Bez tego czekał by go ładny spacer do domu. Aby nie było zbyt lekko, skuwacz Grzegorza jest jakiś dziwny. Trzeba solidnie się wysilić aby wybić sworzeń. O ponownym skuciu już nie będę wspominał. Aby było śmieszniej, Grześ zapomniał zostawić sworzeń w ogniwie i zamiast o 2, łańcuch musiał być skrócony o 4 ogniwa.
Po trzech kwadransach walki mogliśmy ruszyć dalej. Tylko jakoś ochota na dalszą jazdę przełajową nam opadła i zdecydowaliśmy się na odwrót. Szczyty Puszczy Wkrzańskiej podbijemy następnym razem.
A ja, po tej małej wyprawie w dość lekkim mimo wszystko terenie stwierdzam z całą stanowczością, że w obecnej konfiguracji mój rower XC MTB stracił umiejętność jazdy w terenie. Głównym problemem okazał się brak przyczepności opon 26x1.7 z bieżnikiem szosowym na podjazdach. Co chwila uślizg i trzeba się bardzo napracować aby podjechać pod ostrzejszą górkę. Nie wiele lepiej opony spisywały się w piasku. No ale cóż można oczekiwać od opon na asfalt i szuter?
Muszę też popracować nad awaryjnym wypinaniem SPD, gdyż zaliczyłem dziś przez nie jedną wywrotkę w liście. Co prawda nogę wypiąłem, lecz nie tą co trzeba i gleba zaliczona.




