Like a sir!
Od kilku tygodni mam ze znajomym nowe hobby: golf. Aby nie było, nie mamy karty członkowskiej w żadnym klubie, nie kończyliśmy kursów i nie mamy zestawu golfowych. W naszej wersji wygląda to trochę inaczej.
Bierzemy po jednym kiju (ja mam żelazną czwórkę, Grzegorz żelazną piątkę), po kilka piłek golfowych, tak mniej więcej po 5-6 na łebka, wsiadamy na rowery i jedziemy w pola. Teraz tylko trzeba znaleźć kawałek skoszonej łąki, czy po prostu łąki nie zarośniętej wysoką trawą i już. Można grać w crossgolfa. No, grą bym tego tak do końca nie nazywał, bo na naszym poziomie największą radość mamy jak po prostu uda nam się trafić w piłkę i posłać na jakąś sensowną odległość. Dołek? A po co? Zaczynamy gdzie stoimy i wygrywa ten, kto mniejszą liczbą uderzeń trafi w swój rower.
Poważna grą tego nazwać nie można, ale zabawa jest przednia. Gdyby ktoś chciał spróbować crossgolfa (odmiana offgolf) to z lektury internetu i własnych doświadczeń:
- żelazna piątka to chyba najwłaściwszy kij. Sam mam czwórkę i też jest OK. Może teoretyczny zasięg trochę mniejszy, ale co tam...
- kupno nowego kija mija się z celem. Używany kij za 30zł na allegro wystarczy
- potrzeba dużo piłek. Dużo! Piłki gubią się jak szalone w trawie. Łąka to nie pole golfowe. Używane piłki poza tym, że są używane, też latają. Jedno wyjście (1,5h gry) to około 4-5 zgubionych piłek. Na nowych można więc zbankrutować. A 100 używanych piłek rangowych można mieć za mniej niż 70zł plus wysyłka
- dobrze uderzona piłka potrafi polecieć naprawdę daleko. A czasami zniknąć, szczególnie uderzając pod słońce

