Udany powrót do wołania
OK, powrót do samodzielnego wywoływania filmów mam już za sobą. Tym razem udany, jeden film wywołany, wysuszony i pocięty właśnie się prostuje w encyklopedii. Drugi właśnie schnie sobie w najlepsze i czeka do jutra. Na razie są to naświetlenia sprzed kilku lat zawieruszone w lodówce, ale coś mi się wydaje, że wyciągnę analoga i popełnię kilka rolek. Może nawet w średnim formacie, gdyż szkoda, aby zmarnowała się rolka tak zacnego negatywu jak Agfa APX. Mam tylko problem: co z wywołanymi negatywami? W obecnym mieszkaniu, choć dużym, nie mam miejsca w którym mógłbym rozłożyć powiększalnik. Chyba muszę przekonać żonę do lekkiej przeróbki okna w łazience tak, aby można ją było zaciemnić. Co prawda mały obrazek mogę zanieść do labu, ale co ze średnim formatem? Nawet nie biorąc pod uwagę tych filmów, które może naświetlę, mam kilka rolek 6x6 które do tej pory nie trafiły do powiększalnika.
Myślałem o kupnie skanera z opcją skanowania negatywów, ale w kwocie jaką mogę na to wydać nie ma nic sensownego z opcją 6x6. Kiszka... Chyba jednak powiększalnik w łazience. Ktoś wie jak estetycznie zasłonić okno 130x120cm? Jakieś rzepy? Hmmm....
Tak zupełnie przypadko, mieszając co minutę koreksem zastanowiłem się, czemu lubię wywoływać filmy B&W. Myślałem, myślałem i wymyśliłem. Nie z powodu jakiejś mistycznej magii, duszy filmów srebrowych, przekonania, że tylko to jest prawdziwa fotografia, że tak jest trendy, jazzy, czy czoko. Nic z tych rzeczy.
Lubię wywoływać filmy B&W z dwóch powodów:
Po pierwsze, podoba mi się sam proces i jego przygotowanie. Trzeba dobrać recepturę, przygotować składniki, odmierzyć proporcje, przestrzegać rygoru mieszania, zalewania kolejnymi odczynnikami, płukania, patrzenia na zegarek. Do tego świadomość, że jak się pomylę, zdjęcia będą stracone. A jakby tego było mało, te kilkanaście minut odłącza mnie od otoczenia: taki odpoczynek dla przeładowanego niepotrzebnymi bodźcami mózgu.
Po drugie, lubię moment pierwszego spojrzenia na wywołany, jeszcze mokry, negatyw. Ta ciekawość co z tego wyszło, co jest na poszczególnych klatkach (szczególnie jeśli zdjęcia były zrobione jakiś czas temu). Czy ekspozycja była dobra, czy aby właściwie wywołany, co z kontrastem, czy już na negatywie wyłazi ziarno... Ten kto nigdy tego nie robił, raczej nie zrozumie. To tak jak filmem kolorowym oddanym do labu, tylko bardziej intensywnie, gdyż to ja byłem odpowiedzialny za wszystkie etapy: od włożenia filmu do aparatu aż do wyjęcia z ostatniego płukania.