Wędrówki z aparatem i bez
Złapałem nowego bakcyla: wędrówki po polach i lasach. Nie jest to trekking, nordic walking, czy inne wymyśle wariacje na temat chodzenia. Po prostu, zakładam buty, kurtkę, biorę trochę prowiantu, wodę, czasami trochę alkoholu w piersiówce, aparat i idę. Raz w lewo, raz w prawo. W sumie w mojej wsi gdzie nie pójdę są pola i lasy więc jest w czym wybierać.
W związku z tym moim łażeniem doszedłem do kilku ciekawych wniosków. Po pierwsze, buty są ważne, ale chyba ważniejsze są jednak skarpetki. Kupiłem sobie buty do chodzenia (znów nie napiszę trekkingu) ze średniej półki i póki nie kupiłem dobrych skarpet, byłem średnio z nich zadowolony. Dla próby założyłem dobre skarpety do słabych butów i stał się cud: chodziło się lepiej niż tych lepszych ale z kiepskimi skarpetami.
Po drugie, tak sobie łażąc można spotkać ciekawe zwierzaki. O sarnach i dzikach nie będę pisał, bo to dla mnie oklepany temat. Mam tego dziesiątki sztuk za oknem. Lis i bażant jest dla mnie trochę mniej powszednim widokiem. Ale zdarzają się smaczki: na środku pola spotkałem młodego orła bielika. Siedział sobie na ziemi i nie uciekał. Poszedłem do niego na jakieś 20-30 metrów (miałem szczęście, bo siedział do mnie tyłem i chyba byłem na tyle cicho że nie usłyszał mnie od razu). Jestem pod wielkim wrażeniem rozmiarów tego drapieżnika. Kto nie dział go w locie kilka metrów nad ziemią i kilka metrów od siebie ten raczej nie będzie wiedział o czym piszę. Bielik jest 'gigantyczno-majestatyczny'!
Po trzecie, we mgle nie łazić po polach bez kompasu lub GPS. To nie ma sensu, serio. Dwa tygodnie temu przez cały weekend w Szczecinie była mgła. U mnie na wiosce jeszcze gęstsza niż w mieście. Dwu piętrowy budynek w którym mieszkam (a właściwie jego zarysy) było widać z mniej niż 200 metrów. A mi się akurat zebrało na łażenie. Póki widziałem kolejne 'punkty nawigacyjne' w postaci kępy drzew, krzaków nad polnym jeziorkiem szło się prawie jak po sznurku. Gdy do przebycia pozostał mi odcinek około 300 metrów bez żadnych nav-pointów (od jeziorka do polnej drogi) zaczęły się schody. Na przestrzeni tych 300 metrów udało mi się zgubić we mgle w ten sposób, że myśląc, że jestem na lewo od punktu do którego chcę dotrzeć byłem od niego jakieś 500 metrów na prawo. Że się zgubiłem uświadomiłem sobie dopiero gdy 'wpadłem' na domek jednorodzinny w budowie którego nie miało być tam gdzie wydawało mi się że jestem. Na miejsce dotarłem dopiero z pomocą GPS w telefonie. Na przyszłość, zapamiętać: nie włóczyć się we mgle nie mając pomysłu na odnalezienie się.
Po czwarte, ci indianie i inni prasłowianie to jednak mieli dobre pomysły o których współczesna cywilizacja nie pamięta. Tak konkretniej, chodzi mi o prowiant na drogę. Jak się człowiek nałazi to by coś chętnie przekąsił. Czasami przekąsił by też coś podczas marszu. Można spakować kanapki (nie lubię robić i ciężkie), kiełbasę (więcej w tym tłuszczu niż mięsa, a ja lubię mięso), czekoladę (mdli w zbyt dużych ilościach) czy batoniki. Ale można też coś zupełnie innego, idealnego na wędrówki: suszone mięso. Lekkie, pożywne i wbrew pozorom smaczne (przynajmniej mi smakuje). Suszonego mięsa się w sklepie nie dostanie. Trzeba zrobić samemu, co ma swoje dobre strony: mamy pewność, że będzie to mięso a nie trochę mięsa i różne wypełniacze. Przepis na suszone mięso jest banalny. Kupujemy suche mięso. Na przykład szynkę. Ot, tak z pół kilo. Kroimy w poprzek włókien na paski grubości 5 milimetrów. Rozbijamy lekko młotkiem i posypujemy Vegetą lub inną tego typu przyprawą. Nie za dużo, bo będzie za słone. Nabijamy na wykałaczki i wieszamy w otwartym piekarniku ustawionego na 60-80 stopni. Jeśli piekarnik ma termoobieg, to tym lepiej. Przez półtorej godziny mięso obsycha. Wyjmujemy je z pierkarnika, obcinamy ewentualny tłuszcz i kładziemy na kaloryferze. Niech się dosusza przez kilka dni. Tak przygotowane suszone mięso można przechowywać w przewiewnym miejscu nawet rok albo dłużej. Jedna moja partia ma już kilka tygodni i ciągle jest świeża (jeśli można tak powiedzieć, w każdym bądź razie nie jest popsuta i jadalna). Przed wyprawą wystarczy zabrać kilka kawałków z kaloryfera i zawinąć w papier. Jeść długo żująć i popijać wodą. Działa...